Fiskalizm czy podatkowa degrengolada?


Polski system podatkowy niezmiennie od lat… wymaga zmiany. Są o tym przekonani licznie wypowiadający się, również w mediach, eksperci, politycy, naukowcy. Brakuje jednak spójnego planu działań pozytywnych i – jak się zdaje – również woli przeprowadzania racjonalnych i odważnych zmian. Obok tradycyjnie przedstawianych wad fiskalizmu, od niedawna wyraźnie pojawiają się alarmujące wypowiedzi, że grozi nam kryzys przychodów podatkowych. Gdy upłyną błogie lata kampanii wyborczych nieuniknione stanie się więc podniesienie podatków. Nadal bowiem nikt nie wymyślił lepszej metody w tym zakresie.

W roku, w którym budżet państwa zanotuje rekordową kwotę deficytu, niewydolność fiskusa może okazać się czynnikiem niebezpiecznym nie tylko dla ministra finansów, ale dla całej gospodarki. Właśnie teraz warto więc przypominać o podatkach. Warto robić to w sposób odideologizowany – racjonalny, a nawet – radykalny. Być może – w bezpiecznych warunkach zdetonować skorodowany niewypał polskiego fiskalizmu.

Podatki za wysokie lub zbyt skomplikowane

Jeszcze niedawno, można było z czystym sumieniem stwierdzać:

Wszystkie, dotychczas występujące ekipy rządowe na początku obiecywały obniżenie lub uproszczenie podatków. Potem, gdy już zajęły się sprawowaniem zdobytej na ok. 4 lata władzy, zwykle realizowały program pełzającego fiskalizmu nastawionego na tzw. strzyżenie owiec (czasem kończące się owiec zarżnięciem:). Innymi słowy – od lat zdaje się, że polskie podatki stale rosły, bez względu na to, co na ten temat mówili politycy, a system ich poboru był opresyjny.

Stąd wziął się w społeczeństwie pogląd, że podatki są za wysokie.

Doraźny obserwator mógł też odnieść wrażenie, że w celu poboru jak największych pieniędzy dla państwa, odpowiednio konstruuje się teksty ustaw fiskalnych. Przedstawiciele ustawodawcy nieraz przyznawali, nawet otwarcie, że nie ustają w wysiłkach, by „łatać” każdą z luk w przepisach lub ukrywać w gąszczu słów i w labiryntach procedur wiele dodatkowych danin.

Stąd pogląd o tzw. skomplikowaniu polskich podatków.

W społecznym postrzeganiu spraw fiskalnych, utrwalił się więc dwubiegunowy obraz pożądanej zmiany – albo obniżenie podatków, albo ich uproszczenie, albo jedno i drugie.

Przy tak przedstawianych postulatach równie łatwo zająć postawę po drugiej stronie barykady – czyli tam, gdzie tkwią obrońcy okopów budżetu państwa. Na plany obniżenia podatków odpowiada się – „a ileż to będzie kosztować budżet państwa?!” (warto zwrócić uwagę, że mniejszy podatek zwykle przedstawia się jako koszt lub stratę fiskusa, niemal nigdy – jako brak przychodu). Kwestię „uproszczenia podatków” załatwia się zaś niezawodnym argumentem „nie da się” (gdyż to co skomplikowane nie może być bezstratnie uproszczone albowiem jest skomplikowane:).

Czytaj resztę wpisu »

%d blogerów lubi to: